niedziela, 27 września 2015

Zaprzecz nierealnej miłości [3] Brak x Alice

Witam, Witam. Mam nadzieje, że ktoś czyta te moje wypociny ;3 
Dziękuję szczególnie pewnej uroczej Karolci i to jej dedykuje ten rozdział.
Więc zapraszam.
-------------------------------------

     Kiedy wyszli na ulice, pod domem stał skromny pojazd, zaprzężony w czarne konie. Weszli do pojazdu w ciszy. W tym samym klimacie minęła im podróż. Alice i Gilbert siedzieli odwróceni twarzami do szyby. Oz za wszelką cenę starał się obudzić towarzystwo i od czasu do czasu zagadywał doń. Niestety bezskutecznie. Do momentu przyjazdu pod kolorowy budynek, panowała grobowa cisza. 
Drzwi od pojazdu otworzyły się, a Gilbert wyszedł nimi jak najprędzej. Blondyn popatrzył na Alice, która nadal wyglądała przez okno jak zahipnotyzowania. 
- Emmm.. Idziemy?- zapytał się niepewnie chłopak.
- Jak masz ochotę to idź, ja nie.- odburknęła
- Alice, o co chodzi?
- Oz!- rzuciła się blondynowi na szyje- wracajmy, nic dobrego nas tu nie spotka!
- Spotka.- odparł stanowczo chłopak
- Co niby?!
- Nasi przyjaciele, którzy z niecierpliwoscią nas wyczekują- powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy.
Alice chwyciła dłoń blondyna i po chwili weszli do małego, skromnego ale za razem uroczego budynku.
W środku panował radosny klimat. Grała muzyka, na stołach leżały rożne smakołyki, oraz było mnóstwo ozdób.
- Jesteście!- usłyszeli za sobą przyjazny głosik
- Sharon, witaj!- przywitał ją serdecznie chłopak i mocno uściskał.
- Witaj Oz, witaj Alice. Mam nadzieje, że humory wam dopisują. Rozgoście się i co najważniejsze, spróbujcie moich wypieków.
- Dzięki, na pewno  skosztujemy.
- Przepraszam was na momencik.- zarzuciła włosami i odeszła w stronę niskiej, rudowłosej kelnerki.
Alice i Oz podeszli do swoich znajomych i prowadzili z nimi długą rozmowę. Przyjemność tą przewał komunikat od Sharon.
- Witam was wszystkich bardzo serdecznie, na otwarciu mojej kawiarni "Cukrowy Kącik". Nie chcę wam przeszkadzać w waszych rozmowach, więc nie zajmę za dużo czasu.
Na początek pragnę serdecznie wam podziękować za pomoc i wsparcie. Bez was nie osiągnęlabym tego wszystkiego. W szczególności chcę podziękować jednej osobie- Break, gdyby nie ty, już dawno bym się poddała. Jesteś dla mnie autorytetem i wielkim wsparciem. Cukrowy kącik w większości jest twoją zasługą i mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę, bo jesteś kimś wielkim Break.
- Oj Panienko, Panienko. Nie rozczulamy się nad takimi drobnostkami- powiedział czerwonooki bujając się na masywnym żyrandolu. 
- Złaź z tamtąd natychmiast! Jeszcze się urwie i co wtedy?!- wykrzyczała poirytowana Sharon
- Wtedy spadnę, a masyw żyrandola dodatkowo mnie przygniecie- powiedział ze spokojem Break.
- Nie chciałam tego robić, ale chyba nie mam wyjścia. Nie dostaniesz deseru!
- Pa-panienko! Jest panienka okrutna. Deseru?! No proszę!
- Zejdź to ponegocjujemy!
Białowłosy zszedł posłusznie, a następnie usiadł przy schodach jak dziecko, któremu zabrano cukierka.
Po zjedzeniu słynnego ciasta "Głowa Rainswort", wszyscy udali się na parkiet  i zaczęli wirować do spokojnej piosenki. Gilbert zaprosił do tańca Adę, która od czasu do czasu niewinnie się uśmiechała. Oz zaprosił do tańca Echo, a Reim niezgrabnie pytał się o jeden taniec Sharon. 
Alice przyglądała się wszystkim z niedowierzaniem. Każdy swietnie się dogadywał z każdym. Więc to są właśnie Przyjaciele? Czemu nikt jej nie zaprosił do tańca? Nikt jej nie lubi, czy zaprosili ją tylko z litości? 
Zadręczała się masą pytań na które nie mogła znaleźć odpowiedzi. Kiedy zbliżyła dłoń w stronę jej oka, poczuła łze. Wiedząc, że przemyślenia doprowadziły do płaczu, postanowiła nie pokazywać się "przyjaciołom". Wstała od stołu, wzięła do ust ostatni kawałek ciasta czekoladowego i poszła do oddalonego rogu sali. 
Schody... Schody! Wszyscy są na dole,  więc nikt nie będzie musiał patrzeć na jej zapłakaną twarz. Wbiegła pospiesznie po schodach ocierając łzy. 
Na piętrze były trzy pomieszczenia. W pierwszym leżały niedbale krzesła i stoły, w drugim mały barek i ozdoby, a w trzecim pokoju było całkowicie pusto. To nawet nie był pokój.. Tak to był balkon, który ukazywał miasteczko nocą. 
Alice poczuła, że to właśnie miejsce w którym czuje się najlepiej. Podparła się o balustradę i utonęła w marzeniach.
Nie wiedziała ile czasu minęło od jej przybycia, nie wiedziała czy ktoś jej szuka... Szczerze, nawet ją to nie obchodziło. Chciała zostać sama, tylko tyle.
Cisza. Błoga cisza. Ale czy na pewno? Alice słyszała od czasu do czasu cichy oddech oraz syczenie. Tak jakby ktoś się zwijał z bólu. Dziewczyna zaniepokojona odgłosami postanowiła poszukać źrodła jej obaw. Przechadzała się wzdłuż i wszerz powierzchni balkonu i wszystko byłoby w porzadku, gdyby nie jej nagłe podknięcie.
- Auć!- wykrzyczała Alice
- Mogłabyś uważać jak chodzisz- powiedział spokojnym tonem sprawca kolizji.
- Ty durniu! Pokaż swoją twarz!
- Jest ciemno i tak mnie nie zobaczysz, ale sądziłem, że jesteś bardziej bystra i poznasz mnie po głosie- powiedział melodyjnie osobnik.
- Zaraz, zaraz...Błazen?!- powiedziała zaskoczona dziewczyna.
- Dopiero teraz?! Gratulacje, chcesz lizaka w nagrodę?- odpowiedział z przekąsem 
- Zamknij się! Ty.. Ty krwawisz?! 
- Brawo za spostrzegawczość, a teraz przepraszam. Chcę to zakończyć w spokoju.
- Co chcesz zakończyć?!- powiedziała zaniepokojona.
- Myślałem, że jesteś bardziej bystra.. Ech.. Życie, Alice, życie. Moje już dobiega końca.
- Nie możesz ! Nie żyjesz tylko dla siebie! Masz grono przyjaciół które się o ciebie troszczy...  Zrób to dla Sharon!
  Te słowa głęboko uderzyły we wnętrze  Break'a. Ten pozbawiony uczuć łańcuch przemówił do jego męskiego ego. Jak to możliwe?! To niebywałe, ten byt o imieniu Alice to ktoś niezwykły. Ma jej udowodnić, że jest kimś twardym 
i spróbować walczyć z nieuchronnie zbliżającą się śmiercią? Dla Sharon, dla której jest podobnie autorytetem i dla reszty.. Tak jest warto... Więc może zawalczy z zadanymi ranami? Da rade! Musi! 
- Alice.. Dziękuję.. - powiedział cicho, łapiąc dziewczynę za rękę
- Ty durny błaźnie... Co my z tobą mamy.     
   Co ja z tobą mam.


Ten rozdział nie należy do tych długich. Jakoś nie miałam czasu, ale jeśli dostanę motywacje, to napiszę jakiegoś długaśnego ;d 
Dzięki i do następnego rozdziału.



niedziela, 20 września 2015

Zaprzecz nierealnej miłości [2] Break x Alice


- Break?!... Break.. Ty idioto! Gdzie ty się podziewasz!- krzyczała Sharon, biegając po posiadłości Rainsword.
- aa..kuku...
- Na żarty ci się zbiera?! Chyba cię co coś prosiłam...- powiedziała zdruzgotana Sharon
- Panienko.. Nikt z Pandory nie będzie mieć czasu ani ochoty na schadzki po cukierni- uśmiechnął się szeroko białowłosy
- Hmmm... Znając życie pewnie masz racje.. A tak się napracowałam. 
- Więcej dla mnie- wyszeptał dziewczynie na ucho
- Po moim trupie! Bez problemu, zrobimy kameralne przyjęcie.Tylko my i nasi przyjaciele- powiedziała odwrócona i nadąsana.
- I teraz zapewne panienka wręczy mi stos zaproszeń i mam zabawić się w doręczyciela...
- Brawo Break, gratuluje ci spostrzegawczosci- odwróciła się i podała mężczyźnie sześć zaproszeń- tylko z tym stosem się nie zgodzę. No trzymaj je i wręcz jak najszybciej!
- Hai Hai Panienko... - Break uśmiechnął się szeroko i po chwili zniknął za zakrętem. 
---------------------------------------------
20 min. poźniej. Mieszkanie Gilberta.

Poranek jak każdy inny. Monotonny, i taki nijaki. Gilbert tak jak zwykle robił kawę, Oz poszedł na zakupy, a Alice... spała.. zapewne miała zamiar do późna.
Właściciel mieszkania usiadł na      kuchennym blacie, popijając małą czarną. Wszystko było takie zwyczajne.. Czy tak powinno być? Żadnych misji od Panory, nieporozumień... Czy tak wygląda żywot normalnego mieszkańca? 
Rozmyślenia Gilberta przewał powrót Oza. Chłopak przywitał złotookiego szczerym uśmiechem i położył zakupy na stole.
- Ty robisz, a! Dzięki za kawę- porwał w biegu filiżankę i wybiegł do innego pomieszczenia.
- Ech.. Co ja z tobą mam- powiedział sam do siebie, zamyślony Gilbert.
Po zrobieniu śniadania sobie i swojemu panowi, udał się to toalety, gdy nagle zabrzmiał dzwonek do drzwi.
- JA OTWORZĘ! - wykrzyknął blondyn.
Jak zadeklarował, tak też uczynił. Za drzwiami nikogo nie było, na wycieraczce leżały jedynie trzy różowe koperty o silnej, różanej woni. 
Zdziwiony chłopak, chwycił "tajemnicze listy" w dłoń i zamknął drzwi.
- Gil, ktoś zostawił pocz...- wszedł do kuchni, gdy nagle zauważył nieproszonego gościa.
- tę.. Break, nie prościej wejść przez drzwi?- powiedział z przekąsem
- Jakiś ty uroczy Oz! Wydoroślałeś od ostatniego spotkania.
- Haha, doprawdy?
- Ach, tak, tak! A powiesz mi gdzie pozostali lokatorzy?
- Alice jeszcze śpi, a Gil zaraz przyjdzie.
- Nie byłbym tego taki pewny..- uśmiechnął się chytrze białowłosy.
- Co ty...
W tej samej chwili z łazienki dobiegał głośny łomot i towarzyszący krzyk
- OZ! NIE MOGĘ WSTAĆ Z DESKI!
- Że co ?!- Blondyn popatrzył się przenikliwym spojrzeniem na gościa, a on patrzył na niego błagalnym spojrzeniem typu: "no weź, nie bawi cię to?"- spokojnie Gil, zaraz coś wymyślę, a ty spróbuj się podnieść.
- JAK NIBY?! Tkwie na dobre! Niech ja no dorwę tego głupiego królika! 
- Tak delikatnie mówiąc, to nie Alice jest winowajcą...
- Że co?! To niby ja przyszedłem lunatykując w nocy i posmarowałem sedes klejem, by następnego dnia się przykleić?!? Oz.. Chyba to nie ty... Oz?
Hałasy obudziły Alice, która trząc oczy weszła na "miejsce zbrodni". Popatrzyła się błagająco na towarzystwo i wiedząc co jest powodem jej przebudzenia, kopnęła z całej siły drzwi, otwieracąc je zarazem.
Dziewczyna nie patrząc na zażenowanego Gilberta, chwyciała go za podbrzusze i mocnym, zdecydowanym ruchem szarpnęła w swoją stronę. Złotooki odlepił się od deski i już po chwili stał przed Alice.. ale bez spodni... Dziewczyna dopiero po pewnym czasie zorientowała się czemu mężczyźnie puścił rumieniec.
- Ni..n..nie ubierzesz się?- zapytała odwrócona do niego plecami
-ta...- Odpowiedział Gilbert jakby przed chwilą wyszedł z transu. 
Szybko podciągnął spodnie i dynamicznym krokiem wyszedł z łazienki. Alice nadal stała tyłem i dopiero potwierdzenie Oza, że Gli wyszedł doprowadziło do otrząsnenia dziewczyny z tej sytuacji. 
- Co jak co, ale wyszedł ci ten dowcip błaźnie- powiedziała z wymalowanym uśmiechem na twarzy Alice.
- Ach dziękuję!- zarzucił szybko- ale teraz już muszę lecieć, wiecie- O-BO-WIĄ-ZKI.
- Stój Break, chyba nie myślisz, że pozwolimy ci wyjść bez wyjaśnienia o co chodzi z tą pocztą- wtrącił się młody Vesallius.
- Ja tylko pełnię rolę doręczyciela. Cała alegoria ukrywa się tam, prawda?- zapytał, pokazując na różowe koperty.
- No tak.. wybacz. 
- Nic się nie stało- pomachał dynamicznie ręką- no nic, na mnie już czas. Szczere pozdrowienia dla Wodorostka- powiedział podchodząc w stonę Alice
- Nie martw się. Napewno je otrzyma- wyjrzyknął rozbawiony Oz.
  Break nagle złapał dziewczynę za ramiona i wyszeptał jej coś do ucha. Po tym czynie bez słowa wyszeł, zostawiając Alice czerwoną jak ognisko magmy. 
- Hmmm.. Co ci powiedział Break?- zapytał zdziwiony blondyn.
- Nic ważnego, napewno nie na tyle bym musiała cię informować- powiedziała uśmiechnięta Alice- lepiej otwórz te koperty!
Vessalius dynamicznym ruchem podał dziewczynie tą zaadresowaną do niej, zostawiając na stole tą Gilberta. 
- To od Sharon!- powiedział Oz- mogłem domyśleć się po zapachu
- Ale ona bazgroli! Tyle zawijasków i serduszkek stawia.Przeczytaj to sługusie- wykrzyczała wprost do ucha chłopaka
- Drogi Ozie Vessalius. Ja Sharon Rainword zapraszam Ciebie na uroczystość z okazji otwarcia mojej kawiarni. Zabawa będzie w tematyce balowej, więc zadbaj o swój wygląd i uczesanie (hihi). Na karteczce dołączam adres. Uroczystość jest dzisiaj, przepraszam za tak późne daje zaproszenia, ale mimo tego mam nadzieję, że się pojawisz. 
Twoja Sharon.
- Ale mnie to już nie zaprosiła!- powiedziała oburzona Alice
- ech... To moje zaproszenie, więc Sharon pisała do mnie. Na twoim jest do ciebie.
- To całkowicie zmienia postać rzeczy! Jak więc będzie? Idziemy no nie?
- Jeszcze się pytasz? No jasne, że tak!- powiedział uradowany chłopak.
- Oz... Ja nie mam sukienki... 
- To nie problem.- uśmiechnął się do Alice, chwytający ją za dłoń- idziemy na zakupy.
------------------------------------------
Oz i Alice robili zakupy na bal pare godzin. W końcowym efekcie chłopak nie dowiedział się co zakupiła Alice, gdyż dziewczyna wolała by wybór podjęty przez nią był kwestią osobistą.
Po powrocie do mieszkania, wyczuli zapach męskich perfum. Postanowili, że po cichu wejdą i rozejrzą sie. W salonie grała po cichu romantyczna ballada, do której rytmu kołysał się Glibert! Pogdlądacze nie mogli wytrzymać ze śmiechu. 
- Ale ten Wodorościany łeb się wystoił! Jaki smoking, włosy jakoś dziwnie ulizane- parsknęła Alice
- prawda!- wykrzyczał Oz, co spowodowało natychmiastowe odwrócenie się Gilberta i przyłapane szpiegów na gorącym uczynku.
- Co wy do jasnej cholery wyczyniacie?!- wykrzyczał zawstydzony mężczyzna
- Możemy zapytać się o to samo- powiedział uśmiechnięty Oz
- Trenuje przed balem..
- Ooo.. Sharon zaprosiła Adę?- zapytał blondyn, skręcając się ze śmiechu
-OZ!!!- burknął Gilbert cały się czerwieniąc.. - Macie dwadzieścia minut do wyjścia, wyrobicie się?- zapytał złośliwie.
Alice i Oz popatrzyli się porozumiewawczo na siebie i biegiem popędzili szykować się na przyjęcie.
------------------------------------------
- Alice! Wychodzimy za pięć minut!
- Chodź tu głupi sługusie mi pomóż zapiąć klamerki na tych idiotycznych butach!
- Tak jest!- powiedział szczęśliwym tonem chłopak, wchodząc do jej pokoju.
- A... - zaniemówił
- Klękaj i zapinaj
- Jak ty cudownie wyglądasz! Wystroiłaś się, haha, dla kogo?- zażartował chłopak
- Oz ... Czemu ty zawsze musisz mieć racje?



I to na tyle jeśli chodzi o ten rozdział. A w nadstępnym czeka nas bal... Hmmm ciekawe co tam się wydarzy.










wtorek, 1 września 2015

Zaprzecz nierealnej miłość[1] Break x Alice

    Wszystko było takie jak zwykle - świeże.
     Dla Alice rozpoczął się kolejny, pełen ekscytacji dzień. Nikt jej nie budził, nie hałasował, nie urządzał niepotrzebnych demonstracji. Była błoga cisza, zbytnia... Coś było nie tak... 
     Szybkim, dynamicznym ruchem otworzyła drzwi do holu. Rozejrzała się po całym mieszkaniu. Właściciela- tego wodorościanego łba nie było! A co najgorsze wraz z nim zniknął jej sługus. Phi! Gdzie on się bez niej rusza, przecież nie da sobie rady. Bezczelny... Już sobie z nim pogada, gdy wróci.
     Założyła ubrania pożyczone od "siostrzyczki" Sharon. Sukienka była zbytnio wyszukana jak na jej gust.
     Wyjrzała przez okno by rozejrzeć się za "uciekinierami", na drodze stało tylko kilka straganów z jedzeniem.. Z jedzeniem... Wyczuła... MIĘSKO!!
     Szybkim ruchem otworzyła lodówkę i zajrzała doń. Świeciła pustkami. 
     - No to uliczne mięsko! - wykrzyczała uradowana.
     Dynamicznie zamknęła drzwi (nie miała kluczy więc domknęła) i wybiegła w stronę straganów. 
Zapominając o wszelkich problemach, beztrosko zawijała różne mięsne kąski w papierowe torebki. Kiedy skończyła, popatrzyła zaborczo w oczy sprzedawcy i dziarskim krokiem ruszyła w stronę domu, lecz bezskutecznie. Mężczyzna, zdenerwowany i lekko zdezorientowany całą sytuacją, złapał Alice za ramie i obrócił w swoją stronę.
     - A gdzie zapłata za zakupy? - wykrzyczał jej prosto w twarz.
     - Nie ma dla takich buraków! - odwzajemniła tembr głosu.
     -  O ty mała, bezczelna smarkulo! Zaraz zobaczysz co czeka takie jak ty! - wykrzyczał mężczyzna, opluwając przy tym Alice w twarz. 
     Już miał wycelować swoją ciężką, owłosioną dłoń w twarz dziewczyny, lecz nagle poczuł jak straszny ból przeszywa jego ciało. 
     - Ohoho, odważne poczynania - powiedział tajemniczy głos, zza sprzedawcą.
     - Błazen?! - powiedziała zdziwiona Alice, wyrywając się z uścisku mężczyzny. Przed nią stał Xerxes Break. Inny niż zwykle, bardziej tajemniczy. Alice zaczęło mocniej bić serce. 
     - Alice! No proszę! Pomyliłem cię z małą dziewczynką, która oddaliła się od mamusi - uśmiechnął się szeroko jednooki.
     - Daruj sobie tą dziecinadę, narka! - wykrzyczała Alice i pobiegła przed siebie.
     Sprzedawca zwijał się z bólu. Po chwili cierpienie jednak odeszło, tak jak Break. Tłum ludzi pomagało mężczyźnie wstać i przeczyścić rany. Dwóch z nich ruszyło w pogoń za białowłosym, ten jednak wszedł do kontenera na śmieci. Po otworzeniu wieka okazało się, że Breaka nie było. Zdziwieni a za razem zdezorientowani sprawiedliwi odpuścili dochodzenie i udali się do tłumu. 
     Alice krążyła po mieście, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Straciła nawet apetyt na mięsko. Na MIĘSKO! Nigdy jej się to nie przytrafiło. Nie miała ochoty wrócić do mieszkania, nawet jeśli miałaby spotkać się ze swoim sługusem. Chciała pobyć sama, porozmyślać... Nic więcej.
________________________________

     Alice wróciła do mieszkania późnym wieczorem. Przecierała swoje zmęczone oczy i na ślepca otworzyła drzwi.
     - Alice! - krzyknął zaniepokojony młody Vessalius i rzucił się dziewczynie na szyje.
     - Oz... Możesz mnie puścić? Chcę iść spać - powiedziała cicho.
     Chłopak wykonał polecenie, a łańcuch udał się do sypialni. 
     Oz usiadł na ławie kuchennej i przyjrzał się rozmarzonym wzrokiem na pudełko po ciasteczkach. W tej chwili do pomieszczenia wszedł Gilbert. Zdziwiony zachowaniem swojego pana podszedł do niego.
     - Oz, co spowodowało twoją głęboką zadumę? - zapytał, a jego ciało przeszedł ciepły dreszcz.
     - Jestem bardzo szczęśliwy!
     - Hmmm... A z jakiego to powodu?
     - Dlatego, że miałem okazje poznać Alice! - uśmiechnął się szczerze, a z jego zaciśniętych oczu popłynęły stróżki łez.
     - Ten głupi królik się znalazł?! Już sobie z nią pomówię!
     - Nie, dzisiaj nie. Położyła się spać. Wyglądała inaczej niż zwykle. Jej wzrok był taki pełen radości i beztroski. Najwidoczniej potrzebowała dłuższego spaceru, by przemyśleć pewne sprawy.
     - To niebywałe... No nic, weźmy się za uzupełnianie tych papierów od Pandory.
     - Tak, masz rację. Pan Reim urwie nam głowy, jeśli tego nie zrobimy!...
________________________________

     - Oz!!!! Ty durniu!! Chodź tu!!! - krzyknął łańcuch.
     Chłopakowi powrócił uśmiech na twarzy i w podskokach pobiegł do sypialni dziewczyny.
     - Tak Alice? O co chodzi?
     - Nie uśmiechaj się jak idiota, tylko usiądź tu na łóżku - wykrzyczała chłopakowi w twarz.
     - Dobrze, dobrze... A więc, co jest powodem naszego nocnego spotkania? - zapytał nadal uradowany Vessalius.
     - Czy jestem za niska?
     - Jesteś w sam raz.
     - Czy wyglądam jak dziecko?
     - Nie.
     - Ale takie, które zgubiło mamę?
     - Do rzeczy.
     Alice wzięła głęboki wdech, a następnie cichym tonem, spokojnie zapytała:
     - Oz? Jak to jest być zakochanym? - Zapeszyła się.
     - A co? Czujesz, że możesz być? - spytał, patrząc jej prosto w oczy.
     - Durniu. Dlatego cię pytam, bo nie wiem jak to jest... A jeśli tak, jak sądzę, to czuję, że możemy mieć problem...