Zaczęli biec w tamtą stronę. Postać zdążyła wkraść się do mieszkania.
Tsunade i Jirayia wbiegli przez drzwi. Biegli na górę nie zwracając
uwagi na Hisashi’ego. Wlecieli do jednego z pomieszczeń. Zaskoczyli się
bardzo. Przy oknie stały dwie osoby. Jedną była TenTen. Drugą osobą był
Neji.
- O co chodzi? – Spytał mężczyzna o białych oczach
- Wybacz, myśleliśmy że TenTen to ktoś inny. – Odpowiedziała Hokage.
- A mianowicie?
- Wróg.
- A czemu TenTen ma być wrogiem?
- Mamy trudny okres i trzeba zachować ostrożność. TenTen wchodziła
oknem, a wyglądało to jak włamanie. A tak w ogóle to czemu taki, a nie
inny sposób wybrałaś na wejście?
- Bo… - Neji chciał ukryć prawdę.
- Bo Hishasi-san zabronił się nam spotykać. Kocham Neji’ego, nie mogę
tak po prostu widzieć się z nim tylko na treningach. – Dokończyła
TenTen.
- Czemu zabronił wam?
- Mogłaby pani nie interesować się naszymi sprawami. – Do pokoju wszedł Hisashi.
- Przepraszam, ale jaki masz powód? – Tsunade ciągnęła dalej.
- Nie jest godna. – W oczach Hisashi’ego było widać kłamstwo.
- A tak naprawdę? – Wtrącił Jirayia.
- Sugeruje pan że okłamuję was? – Hisashi swoje.
- Tak. Widać w twoich oczach kłamstwo.
- Mam powody. TenTen wyjdź stąd natychmiast! – Rozkazał.
- Nie. – Neji zatrzymał ją. – Wuju, powiedź chociaż jaki masz powód.
- Dobrze. Tsunade-sama, Jirayia-sama, proszę zemną. – Skierował się na
dół, a wskazani ruszyli za nim. – Chcecie znać prawdziwy powód?
- Hai. – Odpowiedział Jirayia.
- Ale nikt inny się nie dowie.
- Dobrze.
- Jak wiecie, od jakiegoś czasu sam wychowuję dwójkę dzieci…. Niedawno
spotkałem matkę TenTen…. Siedziała w barze popijając senchę… Dosiadłem
się do niej… Długo tam siedzieliśmy...Zaczęliśmy nawet pić sake… Miała
kłopoty domowe… Gdy przechodziliśmy obok mojego domu zaprosiłem ją…
Dzieciaków akurat nie było i tak jakoś… - Przeciągał każde zdanie.
- O boże. – Tsunade nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- A to nie koniec. Ta sytuacja powtórzyła się nie raz. Zakochałem się.
- Wpadłeś stary. – Wtrącił Jirayia.
- Jeszcze jak. Ja ją kochałem, ale ona tylko mnie wykorzystała. Po
jakimś czasie wyznała mi że to ulotna znajomość, że dałem się wkręcić.
Popełniłem błąd i zapłaciłem za niego. Neji jest jeszcze młodym
kawalerem i nie chce by spotkało go to samo, nie chcę by cierpiał tak
jak ja. – Dokończył.
- Ale że Nikei taka jest, to nie znaczy że TenTen też taka będzie. – Tsunade była przerażona niesprawiedliwością.
- Niedaleko padaj jabłko od jabłoni.
- Ale jak moja mama mogła to zrobić!? – Usłyszeli z góry.
- Co się tam dzieje? – Tsunade poszła na górę. Na łóżku siedzieli Neji i
TenTen. Dziewczyna była zalana łzami. Neji pocieszał ją.
- Słyszeliście? – Spytała Tsunade. Neji odpowiedział kiwnięciem głowy. – Przykro mi.
- Przecież ja nie jestem taka jak matka. Nie zrobię tego co ona. – Mówiła TenTen.
- Neji… - Hisashi chciał go przeprosić.
- Jak mogłeś? Wiedziałeś że kocham TenTen i robiłeś „to” z jej matką.
Jeszcze oskarżasz o to samo TenTen. – Mówił spokojnym, ale pełnym gniewu
tonem. – No jak!? – Wrzasnął.
- Wybacz. Nic mnie nie usprawiedliwi. – Próbował udobruchać Neji’ego.
- Jasne że nic.
- Zakochałem się, tak jak ty. Tak jakoś wyszło.
- Zakochałeś? Ty umiesz kochać? – Neji zaczerwienił się ze wściekłości. – Nie wiem jak ojciec mógł oddać za ciebie ży…
- Neji przestań. – Odezwała się TenTen. – To nie była wina
Hisashi’ego-san tylko mojej matki. Zawsze faceci na nią lecieli. Nie
myślałam jednak, że jest zdolna do czegoś takiego.
- Hishashi… - Zaczął Jirayia.
- Może zbyt pochopnie oceniłem cię. – Zignorował go. – Może nie jesteś taka jak matka.
- Więc możemy się spotykać? – Otarła łzy.
- Możecie. I jeszcze raz, przepraszam.
Następnego dnia, Jirayi miał spotkanie z nową drużyną. Gdy wstał, był
pewny że nie zdąży. Do spotkania miał dziesięć minut. Powolnym krokiem
wstał, umył się, ubrał, zjadł śniadanie i wyszedł. Nie spieszył się. Gdy
doszedł była 9:00. Spóźnił się o godzinę. Na miejscu zastał dziwacznie
ubranych podopiecznych.
- Jirayia-sensei? – Spytała dziewczynka.
Miała maślane oko. Włosy krótkie, czarne i zasłaniające drugie oko.
Ubrana była w czarną koszulkę przylegającą do ciała. Niebieskie spodnie
latały na wietrze w jedną i drugą. Wyglądałaby całkiem sympatycznie
gdyby nie podkreślone na czarno oczy. Miała ok. dwunastu lat. Była
całkiem wysoka.
- Hai. Ty to Chirio Hikirai? – Spytał Jirayia. Dziewczyna zaczerwieniła się.
- Chika Hikari. Radzę nie mylić. – Wtrącił chłopiec stojący obok.
- A ty to kto?
- Meyjo Jiroti. – Odpowiedział Chłopiec.
Meyjo był wysokim brunetem. Miał białe oczy z czerwoną źrenicą.
Miał zwykłą czerwoną koszulkę. Na niej widniał znak Konocha. Bluzę miał
niebieską i rozsuniętą. Spodnie, zwykłe, granatowe. Uśmiechał się
przyjaźnie. Jedynie co odstraszało, to czerwony kolor wokół oczu.
- Więc ty jesteś młodym Sarutobi. – Jirayia skierował się do chłopca siedzącego na gałęzi drzewa.
Amaki był niski. Z twarzy całkowicie przypominał Asumę. Bluzę miał
czarną, zasuniętą do połowy. Spodnie białe, latające na wietrze.
Koszulka była czarno biała ze znakiem Jing Jang. Włosy długie, czerwone i
zapięte w kuca.
Gdy chłopiec nie usłyszał, Jirayia podszedł do niego. Amaki
wyglądał jakby spał. Głowę miał opartą o drzewo. Z otwartych ust kapała
mu ślina.
- Krzyknij, krzyknij. – Meyjo i Chika dopingowali Jirayię.
- Po co, nie lepiej zepchnąć? – Popchnął chłopca na ziemię. Chika i Meyjo roześmiali się.
- Aaa! – Amaki krzyknął z bólu. Spadł na kość ogonową. – Auł! Musiałeś sensei? Wolałbym byś krzykną.
- A skąd wierz że jestem waszym sensei’em? – Dopytywał Jirayia.
- Nie znam cię, ale wiem od Shikamaru, że moim nowym sensei’em ma być
idiotyczny, nieuprzejmy i durnowaty Ero-senin z białymi włosami.
- Ja ci dam idiotycznego i durnowatego Ero-senina!
- Cytuje słowa Shikamaru.
- Nie przypominasz Asumy, więc geny musisz mieć po Kurenai.
- Haha! – Tamci roześmiali się jeszcze głośniej.
- A ci z czego rżą? – Pytał zdziwiony Jirayia.
- Bo mam geny po lasce. Dzięki ci wielkie. Shikamaru ostrzegał mnie przed tobą. Teraz wyjechał z tą swoją bandą.
- Dobra zbierajcie dupska, idziemy się przejść! – Krzykną do tamtych.
Jirayia szedł z Chiką, Amaki z Meyjo. Meyjo cały czas popychał Amaki’ego. Gdy doszli do wodospadu stanęli.
- Tutaj sobie pogadamy. – Powiedział Jirayia.
- Pogadamy? – Spytała Chika.
- Hai. Nawijajcie o sobie. – Przysiadł.
- Bo o tobie już wiemy Ero-seninie. – Znowu roześmiali się. Nawet na twarzy Amaki’ego pojawił się uśmiech.
- Nie wy jedni nazywacie mnie Ero-seninem.
- Jeśli mamy mówić, to ty pierwszy. – Powiedział Amaki.
- Niech będzie. – Na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Nazywam się Jirayia…
- To wiemy.
- Jestem pisarzem…
- Jak już to Ero-pisarzem.
- Amaki, powiedź mi jaki miałeś najgorszy wypadek?
- Pobili mnie. – Wskazał na Chikę i Meyjo.
- Więc jeszcze jedno słowo, a ból po tej bójce przestanie być najgorszy. – Słodko zagroził.
- O-ok. – Amaki wolał nie zadzierać.
- No więc teraz może wy.
- Powiedź nam jeszcze dlaczego jesteś senin’em jak Hokage? Umiesz leczyć?
- Nie. Tsunade jest najlepsza na całym świecie. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego jestem senin’em.
- No musisz coś umieć. – Wtrąciła Chika.
- A mi się wydaje że po prostu był tam i dostał ten tytuł przez przypadek. Nie to co boska Tsunade-sama. – Amaki rozmarzył się.
- Słuchaj chłopie, odpieprz się od Tsunade. Boska to ona jest dla mnie, a
ty zajmij się panienkami w swoim wieku. – Jirayia wkurzony złapał
Amaki’ego za koszulkę i wysyczał ledwie słyszącym głosem.
- Nie dam się tak łatwo. Boska Tsunade-sama nie jest jedynie twoja
starcze. Będę walczyć jak będzie trzeba. – Równie cicho i ostro wysyczał
Amaki. Jirayia zdziwił się. Postanowił jeszcze trochę go pomęczyć.
- Czy ty aby nie rozpędzasz się? Masz osiem lat, a Tsunade jest dorosła.
To że wygląda przepięknie, nie znaczy że masz się w niej zakochać. –
Powiedział tak, by wszyscy usłyszeli. Roześmiali się. – A poza tym, ja
też ją kocham i będę walczy jak będzie trzeba. – Szepnął mu do ucha.
- Ja jej nie kocham! – Amaki odskoczył wyrywając się. Jirayia uśmiechną
się szyderczo. – Mówiłem że jest boska, ale bez przesady. Ja po prostu
jestem podobny do… - Zamknął usta rękami.
- Do kogo?
- No właśnie. Chcemy się pośmiać. – Wtrącił Meyjo.
- Nie ważne. – Zaprzeczał.
- A dla mnie ważne. Muszę znać swoich uczniów. – Ciągnął Jirayia.
- Nic nie powiem.
- Może zakład?
- Jirayia, zakładasz się z bachorem? – Wtrąciła Tsunade, która wszystko co było głośne słyszała.
- Tsunade, sama się zakładałaś z Naruto. – Mówił Jirayia.
- A pamiętasz jak to się skończyło?
- Tak. Naruto wygrał.
- Z nim może być podobnie.
- Ale nie musi. Ten zakład będzie inny. Jakoś trzeba wydusić prawdę. Więc jak mały?
- Zgoda. Jaka stawka i jakie wyzwanie? – Odpowiedział Amaki. Widocznie chciał się popisać.
- Stawką jest prawda o tobie. A wyzwanie to walka. Kto pierwszy padnie z sił.
- Ale jeśli ja wygram to…
- To uznam cię za godnego Sarutobi. Nie byle kto może nosić to nazwisko. Zgoda?
- Zgoda. Ale uznasz też moje marzenie za realne.
- A jakie?
- Bycie najlepszym Shinobi.
- Często to słyszałam. – Wtrąciła Hokage.
- Ja też. Tylko nikomu się nie udało. – Odezwał się Jirayia.
- Mi się uda. Więc jak?
- Zgoda. Zaczynajmy więc.
Amaki i Jirayia stali naprzeciw siebie. Czekali na pierwszy ruch.
Amaki zaatakował. Zaczął z pięść. Jirayia łatwo złapał jego rękę i
wykręcił do tyłu. Amaki zakrzyczał z bólu.
- Można się jeszcze poddać. – Oznajmił Jirayia.
- Więc zrób to, bo ja nie zamierzam. –Jirayia wykręcił mu rękę jeszcze
mocniej. Amaki trzymał się jeszcze na nogach. Głowa Jirayi stykała się
głową z Amaki’m.
- Ja po prostu jestem podobny do ciebie. – Amaki wyszeptał Pustelnikowi
do ucha. Ten zastygł zdziwiony. Amaki miał szanse wywinąć się. Kopnął
Ero-senina w klejnoty. Ten skulił się lekko i uścisk stał się lżejszy. W
tedy Amaki odkręcił rękę i wykopał Pustelnika. Jirayia stanął na
nogach.
- Ty gnojku. – Zdenerwował się uznając słowa Amaki’ego za kłamstwo.
- Ale to co mówiłem jest prawdą. Nawet rodzice i Shikamaru tak uważają. –
Zapewniał Amaki. Jirayia zdenerwowany zaczął nacierać na Amki’ego.
Zwykłą pięścią zamierzał go pokonać. Amaki odsuną się, lecz Jirayia
przewidział ten ruch i w natychmiastowym tempie podciął mu nogi. Ten
przewrócił się i natychmiast siadł w kuckach.
- I ty chcesz być najlepszym Shinobi? Ty nawet nie jesteś godnym imienia
Sarutobi. Żal mi Asumy że ma takiego nieudanego syna. – Kpił Jirayia.
- Mów co chcesz. Ja wiem swoje. – Zacisnął zęby i dłonie. – Zrobię
wszystko by ludzie zaczęli mnie szanować. By mi wierzyli i ufali. –
Rozpłakał się. – Ale mi też żal ojca. Nie jestem taki jaki on by chciał.
Z pewnością liczył na lepszego syna. – Chika i Meyjo śmiali się z
beksy. – Ale nie poddam się. Nie ja! – Wstał z miejsca i wyjął
castlety. Łzy przeszkadzały mu lecz on dalej cisnął w Jirayię. Kilka
razy nawet prawie go trafił. Widząc że nie daje rady castletami
zamachnął się nogą. Jirayia schylił się by nie dostać w głowę. Amaki
widząc kucającego przeciwnika cisnął pięścią. Jirayia jednak przechylił
się do tyłu unikając ciosu i nogą podciął Amaki’ego. Ten leciał na
Pustelnika. Jirayia walnął go w brzuch. Amaki po ciosie poleciał na
plecy. Upuścił castlety. Płakał dalej kuląc się z bólu.
- Beksa i nieudacznik! – Meyjo i Chika śmiali się dalej.
- Ale cacko. – Meyjo podniósł castlety.
- Oddaj mi to! – Amaki nie zwracając uwagi na ból wstał i popędził po swoje castlety.
- Nie tak prędko. – Meyjo uderzył go w brzuch. Mały znowu się skulił.
Jirayia wysunął rękę. Meyjo oddał mu broń. „Przecież to castlety Asumy.
Czy on naprawdę mu je dał?” – Myślał Jirayia. Amaki zdążył się podnieś,
lecz nadal trzymał się za brzuch.
- Wiesz o tym że przegrałeś? – Spytała Amaki’go Tsunade.
- Nie przegrałem. – Odpowiedział Amaki. – Porażką jest jedynie nie próbować więcej.
- Skąd masz te castlety? – Spytał Jirayia poważnym tonem.
- Ojciec mi je dał.
- Ta, raczej je ukradłeś! – Krzyknęła Chika.
- Ja nie kradnę! – Próbował się wybronić Amaki.
- A co masz za bluzą!? – Chika wskazał miejsce gdzie wisiała metka z
koszulki pod bluzą. – Słyszałam rano w wiadomościach że sklep z odzieżą
został okradziony. – Tsunade podeszłą do Amaki’ego i sprawdziła metkę.
- Faktycznie. To zostało skradzione. – Powiedziała. Jirayia nie zwracał
na to uwagi. Był zamyślony. – Idziesz ze mną. – Tsunade chwyciła go za
bluzę.
- Ja nic nie ukradłem, naprawdę. – Nie wyrywając się zaczął tłumaczyć.
- Idziemy. – Amaki stał nieruchomo nie dając się zwieść. – Chodź że
cholero! – Nic. Na to jednak uwagę zwrócił Jirayia. – Bezczelny bachor!
Nie dość że kradnie to jeszcze kłamie! – Chciała walnąć go w brzuch,
lecz coś lekko drasnęło ją w rękę. Zatrzymała dłoń.
- Swoje dzieciaki też byś biła? – Spytał zdenerwowany Jirayia.
- Gdyby kradły to tak. Weź coś mu powiedź. – Tsunade chciała załatwić to w spokoju.
- On nic nie zrobił. Zastaw go.
- Mam dowód.
- Tsunade… biorę całą winę na siebie.
- Jirayia, nie wsadzę cię do paki.
- Więc zapłacę za te zaginione rzeczy.
- Czyś ty oszalał!? Wiesz ile to będzie kosztować? Dwieście pięćdziesiąt ryo.
- Ale ten mały ma potencjał. Da się jeszcze naprowadzić go no dobrą ścieżkę. Ta szansa jest bezcenna.
- Nie będzie takiej potrzeby! – Krzyknął ktoś z dala. Był to Shikamaru.
- Co ty tu robisz? – Spytała Gondaime.
- Shikamaru! – Krzyknął Amaki.
- Tsunade-sama on nic nie zrobił. Złodziej był w mojej drużynie.
Przyłapałem go na gorącym uczynku. Zresztą prowadziłem tą akcje.
Przyznał się że podrzucił jakąś rzecz Amaki’emu by go wsadzili.
- No dobra. Masz szczęście mały. – Tsunade puściła Amaki’ego. Ten poleciał do przyjaciela.
- Gdzie jest tamten? – Shikamaru skierował Tsunade we właściwe miejsce.
- Myślałem że jesteś na misji? – Odezwał się Jirayia.
- Zostałem dzień dłużej i dostałem inną. Właśnie ją wykonałem. Jutro wyruszam.
- Shikamaru, nie wyjeżdżaj. – Rozbeczał się Amaki.
- Beksa. – Dalej śmiali się z niego partnerzy.
- Jak oni mnie wkurzają. – Powiedział Shikamaru.
- Trzeba się przyzwyczaić. Dzięki za opinie. – Jirayia zmienił temat.
- Jaką opinię?
- „Wiem od Shikamaru, że moim nowym sensei’em ma być idiotyczny,
nieuprzejmy i durnowaty Ero-senin” tak mu powiedziałeś, prawda?
- Em, no ja… byłem wściekły, że ty uczysz Amaki’ego a nie ja!
- Gadka szmatka. Nie ważne. Pozwól, że dokończę zbiórkę.
- Jasne. – Shikamaru odszedł.
- Siadajcie. Teraz mówi Meyjo. – Rozkazał Pustelnik.
- No więc jestem Meyjo Jiroti. Jestem najlepszym uczniem w akademii
łącznie z Chiką. Moim marzeniem jest bycie najlepszym medykiem.
- W to że jesteś najlepszy w akademii wątpię. Jeśli chcesz zostać
najlepszym medykiem, to najpierw musisz się nauczyć doceniać ludzi.
Chika.
- Nazywam się Chika Hikori. Meyjo mówi że jesteśmy najlepsi. Ja jednak
tak nie uważam. Moim marzeniem jest wymyślenie techniki która będzie
unikatowa.
- Myślę że ci się uda. Amaki.
- Nazywam się Amaki Sarutobi. Jestem najgorszym uczniem w akademii.
Marzenie znacie. Wiem że to nie realne, ale nadzieja jest matką głupich.
Czyli moją.
- Twoją matką jest wspaniała Kurenai, jedna z lepszych Kunoichi w
wiosce. A reszta: pożyjemy zobaczymy. No dobra, to tyle na dziś. -
Wszyscy skierowali się w swoją stronę. – Amaki. Masz dużą szanse na
spełnienie swojego marzenia. Jesteś też godnym imienia Sarutobi. –
Powiedział przez ramię. Chłopiec strasznie się ucieszył.
Pustelnikowi znudziło się siedzenie w domu. Wyszedł się przejść.
Gdy przechodził obok gorących źródeł nie mógł się powstrzymać by
popatrzeć na dziewczyny. Wszedł i oniemiał. Na jego ulubionym miejscu
siedział Amaki. Podszedł do niego. Tyknął lekko ramienia. Chłopiec
wystraszył się i uderzył Ero-senina w nos.
- Auł! Rozwaliłeś mi nos. – Zdenerwował się Jirayia.
- Ciszej, bo wystraszysz dziewczyny. – Skarcił go Amaki.
- Kurdupel będzie mi rozkazywać. Co ty tu robisz?
- Mówiłem że jestem taki jak ty. Też lubię tu przychodzić.
- Nie dobijaj człowieka.
- A niby czym?
- Bo ja jestem, jedyny, niepowtarzalny, przystojny Jirayia! – Przy tych słowach wykonywał dziwaczne ruchy.
- Ja też tak potrafię.
- To pokarz. – Amaki wstał i zaczął wymachiwać rękami i powtarzać słowo w
słowo Jirayię. Ten jednak po drugiej literze przestał go słuchać. Siadł
na swoim miejscu.
- Ero-senin…
- Nie zadziera się ze mną.
- Ja ci zaraz… - Chciał już się rzucić na Jirayię.
- Nie możemy pooglądać razem? Nie chce ich wystraszyć.
- Zgoda. – Siadł przy Jirayi.
- Ty nie jesteś za młody na panienki? – Spytał Jirayia.
- A ty od kiedy zaczynałeś?
- No, znaczy… no też gdzieś tak.
- Więc nie.
- Lubię cię mały. – Potarmosił mu włosy.
- Ty też nie jesteś taki zły, sensei. – Po jakimś czasie usłyszeli
ciche nawoływanie. Stawało się one coraz głośniejsze. – To chyba boska
Tsunade. Znaczy…
- Luz. Ja mówię gorzej.
- Jirayia! Idioto, zboczeńcu! – Krzyczała widząc ich.
- O, kłopoty. – Amaki zaniepokoił się.
- Chodź. Znam bezpieczne miejsce. – Pociągnął chłopaka za sobą. – Tego
miejsca Tsunade nie zna. I masz racje, ona jest boska. – Miejsce było
małe i ciasne, ale za to trudno było się kapnąć, gdzie ono jest.
- Naprawdę ją kochasz?
- A, no ba. Zresztą znamy się już czterdzieści pięć lat. Przecież ty też się w niej kochasz.
- Znaczy, ja się kocham w jej ciele. Charakteru nie dam rady znieść. No ale długo już się znacie.
- Ta. Może charakter jest nie do zniesienia, ale jak dla kogo.
- Czemu jej tego nie powiesz.
- Chłopie, nie masz jej jako znajomej wiec nie wiesz. Jak kocha to nie
bije. Miała jednego takiego. Nie żyje już ponad trzydzieści lat jak nie
lepiej. Ona dalej cierpi. Nie traktowała go tak jak mnie. Nie biła go,
nie wyzywała. My to tylko przyjaciele.
- No to znajdź inną.
- Bo to łatwe. Miłość to szansa jedna na milion. Ona ją dostała i straciła. Ja też dostałem, ale w połowie. Rozumiesz?
- Hai. Ona dostała, ponieważ on i ona kochali. Straciła bo on umarł. Ty
tylko w połowie, bo ty kochasz, ale ona nie. A szansa jedna na milion bo
zakochać się to trudna rzecz. To musi przyjść samo.
- Zgadza się.
- Jirayia! – Dalej było słychać krzyki.
- A wiesz że Tsunade to moja pierwsza miłość?
- Ta?
- No. Sam nie mogę w to uwierzyć.
- Jak długo.
- Tyle ile się znamy. Może miałem kiedyś szanse, ale zmarnowałem ją moim szczeniackim zachowaniem.
- Łał. Tyle lat. Nie wierzę. Ja to mam szczęście.
- Czemu?
- Bo moim sensei’em jest taki zajebisty gościu.
- A, no ba. A myślałeś że idiotyczny. Hehe… Chyba poszła.
- Wychodzimy?
- Hai. – Wyszli z kryjówki. Tam jednak czekała na nich niemiła niespodzianka.
- A masz! – Niespodziewanie Tsunade uderzyła Jirayię w głowę. – W
ciągasz w to dzieciaka! Łajza i zboczeniec. Jeszcze go zgwałć! – Biła go
przez cały czas. Amaki śmiał się jak zawzięty. Tsunade na chwilę
przestała.
- A ty z czego rżysz? – Spytała Amaki’ego. Ten Przestał natychmiast.
- Bo zbieram manto za niego. – Wykrztusił Jirayia. – Zastałem go tu podglądającego.
- Ale on przypomina ciebie. – Powiedziała Tsunade. Amaki zaczął uciekać. – Powinnam go zlać czy nie?
- Jeśli jest podobny do mnie to tak! – Odpowiedział jej Ero-senin.
- E, nie. Ale ty tak. – Znowu biła go. W końcu przestała. Odeszła od
niego. Jirayia mruczał coś przez chwil, a następnie krzyknął.
- Stary babsztyl! Nie nadajesz się do niczego idiotko! – Zaczęła go gonić. Stanęli słysząc śmiech.
- Ale wy się dopełniacie. Pasujecie do siebie jak ulał. – Powiedział
Amaki poczym zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. Zaczął ponownie
uciekać. Ani Tsunade, ani Jirayi nie chciało się go gonić.
- Rozejm? – Spytał Jirayia.
- Rozejm. – Odpowiedziała mu Tsunade.
- Naprawdę on przypomina ci mnie?
- Aż trudno uwierzyć.
- Łał. Idziemu na sake? Poprzednio nie udało nam się.
- Jasne. – Zaczęli iść.
- Lubisz go, co nie? – Zaczęli rozmowę w domu Jirayi.
- A żebyś wiedziała. Jest inny niż wszyscy.
- Wież czemu tobie go dałam pod opiekę?
- Czemu?
- Bo udało ci się wyszkolić Naruto.
- Jaki to ma związek z Amaki’m.
- Amaki też jest sakryfikantem.
- Co!? Żartujesz?
- Nie. Ma Nibi’ego.
- Ale się wpakowałem. Teraz wiem czemu go nie lubią.
- Też przestaniesz go lubić?
- Śnisz. Można z nim pooglądać kobietki.
- A mówiłeś że w niebie ci popalić dali!
- A bo dali.
- I że nie masz ochoty na panienki.
- A bo nie mam. Po prostu lubię sobie popatrzeć.
- Faceci. A już szczególnie ty!
- Oj daj spokój. Przyznaj, że lubisz to we mnie. – Tsunade nie odezwała
się ani słowem. – Takie dwie z nas różnice. – Dalej nic. – Tsunade! –
Zaczął ją łaskotać. Roześmiała się.
- Dobra. Przyznaje się. Lubię to w tobie. Z resztą, w ogóle cię lubię.
- Ja ciebie też.
- Na ile?
- A na ile byś chciała?
- Znowu zaczynamy flirtować.
- Lubisz to?
- Szczerze?
- Ba, że tak.
- No ba, że tak. – Roześmiali się. – Więc na ile?
- Więc na ile byś chciała?
- Zależy.
- Od czego?
- Od prawdy.
- Prawdy?
- Hai. Zależy na ile ja cię lubię.
- A na ile?– Jirayia nabrał nadziej
- Tak na 90%.
- Łał. Dużo. Pomyśle jeszcze że mnie kochasz.
- A nie chciał byś?
- Może. A co?
- Najpierw powiedz na ile ty mnie lubisz?
- No… - Zastanowił się czy powiedzieć prawdę. – Uchylam się od odpowiedzi.
- No wiesz! Jeszcze uznam że w ogóle mnie nie lubisz.
- A nie chciałabyś?
- Nie!
- Hehe. – Objął ją ręką. – Szczerze mówiąc chciałbym by bogini się we mnie bujała. Znak że jestem niezły.
- Muszę się przyznać że widziałam całe, twoje spotkanie z drużyną. – Wtuliła się w niego.
- Całe?
- Hai. Coś się tak zdenerwował gdy powiedział o mnie?
- No, bo wiesz uważa mnie za nieudacznika, a poza tym boską mogę tylko ja cię nazywać.
- A kto ci pozwolił!?
- Ja. Znaczy jak nie chcesz to mogę nazywać cię idiotką. Mi obojętne.
- Hej! Niech będzie boska. Nieudacznikiem to ty jesteś.
- Dzięki ci bardzo. Stary babsztyl. – Tsunade walnęła go lekko w tors.
- To że jestem stara nie znaczy że można mnie tak nazywać.
- Znowu jesteś kociakiem.
- Kociakiem?
- Bijesz tak jak kociak się przymila.
- Dzięki.
- Też cię lubię na 90% jak nie więcej.
- Więcej? To ja pomyślę że mnie kochasz.
- A kto wiem? Amaki kocha twoje ciało. – Roześmiali się.
- Moje ciało? Nie no, mały Jirayia. Naruto już cię przypominał, a tu Ero-dzieciak się pokazał. Ty daj mu dokańczać książki.
- Może kiedyś.
Po jakimś czasie skończyło się na tym, że zasnęli. Rano Tsunade
obudziła się pierwsza. Postanowiła przygotować śniadanie. Jirayia
obudził się i wspólnie je zjedli. Następnie każdy poszedł w swoją
stronę, czyli na treningi. Po południu spotkało ich coś nieprzyjemnego.
******************************************************************
Jednak jeszcze jeden rozdział i zaczynam od "nowa". Czyli 10 postów o JiraTsu ze starej maszynki i dalej pójdzie z nowej :D
Dziękuję za poświęcony czas i pozdrawiam.
Alexxis
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz